Pamiętamy śp. o. gen. bryg. Adama Franciszka Studzińskiego

Jedenasta rocznica śmierci zmarłego 2 kwietnia 2008 r. w 97. roku życia o. gen. bryg. Adama Studzińskiego, krakowskiego dominikanina, żołnierza, harcerza, konserwatora zabytków, minęła zupełnie bez echa.

S  

Jego biografią można by śmiało obdzielić kilka osób o bogatym życiorysie. Urodził się 2 czerwca 1911 r. we wsi Strzemień w powiecie żółkiewskim. Po ukończeniu gimnazjum im. hetmana Żółkiewskiego w Żółkwi, w 1927 r. wstąpił do dominikanów. Święcenia przyjął we Lwowie z rąk abp. Eugeniusza Baziaka 7 marca 1937. – Wyświęcono nas siedmiu. Wszyscy wytrwali w kapłaństwie – mówił mi o. Adam.

Studiował filozofię i teologię we Lwowie i Warszawie. Wybuch wojny zastał go w krakowskim konwencie przy ul. Stolarskiej. 4 września, pod bombami wyruszył z Krakowa do Czortkowa (miał tam zostać katechetą). Dotarł po 9 dniach dramatycznej wędrówki. Po wkroczeniu bolszewików, za aprobata przełożonych, pojechał dalej. Chciał koniecznie zostać w Polsce. Schronił się więc w klasztorze sióstr Notre Dame. – Bolszewicki komisarz rozpoznał jednak we mnie księdza, wiec musiałem przejść granicę z Węgrami – wspominał. Początkowo przebywał w obozie dla uchodźców cywilnych ale wydostał się stamtąd do klasztoru dominikanów w Budapeszcie.

Duszpasterzował w obozach dla uchodźców cywilnych i wojskowych. – W październiku 1939 r. pojechałem ze Mszą św. do obozu w Nagucenku, gdzie Węgrzy mieli odprowadzić do granicy z Niemcami 900 naszych żołnierzy, którzy zgłosili chęć powrotu. Przemówiłem do żołnierzy. Płacząc, prosiłem ich, by nie szli do Niemców. Ale żołnierski tłum nie słuchał. Jedynie 300 osób z tej grupy pozostał – wspominał. Nie brakowało innych momentów dramatycznych. W czerwcu 1940 r., już po upadku Francji, o. Adam chciał, wywieźć 60 żołnierzy z obozu dla internowanych. Przygotowania do ucieczki wykryto i udało mu się wraz kilkoma osobami uciec. Przedostał się do Budapesztu, ale był już „spalony”. Przerzucono go do Jugosławii. Potem przez Grecję wyjechał do Palestyny.

Ojciec Adam ucieczką ustrzegł się przed śmiercią i prześladowaniami przez NKWD, ale nie zrezygnował ze służby. Jako kapłan wędrował razem z polskimi żołnierzami. Udał się na Węgry, skąd przez Jugosławię, Grecję oraz Turcję dotarł 20 marca 1941 roku do wybrzeży Palestyny. Po drodze prowadził cały czas pracę duszpasterską. W 1942 roku ojciec Studziński wstąpił do Wojska Polskiego i został kapelanem 4 batalionu czołgów, który prawie rok później został przemianowany na 4 pułk pancerny. I to właśnie z tym pułkiem odbył swoją największą kampanię wojenną we Włoszech w 1944 r.

Jako kapelan Czwartego Pułku Pancernego „Skorpion”, czynnie brał udział w bitwie pod Monte Casino. Wykazał się w czasie tych walk odwagą i troską o innych. Przez żołnierzy nazywany był przekornie „panem Adamem”. W czasie bitwy, gdy ruszył pierwszy atak na wzgórze, szedł przed czołgami, usuwał rannych żołnierzy spod gąsienic czołgów i udzielał im pociechy duchowej.

 „4 maja 1944 r. kazano mi wyjechać w rejon Monte Cassino. Poszedłem na linię z pierwszymi oddziałami pułku. Jechaliśmy z lekarzem w wozie pancernym tuż za czołgami. Ogień artylerii zlewał się w jedno wycie. Czasami odgłosy przypominały rzucanie garnkami po kuchni. W pierwszym dniu bitwy, 12 maja byłem zrozpaczony wielką liczbą zabitych i rannych. Wyprawiłem się na wzgórze »Widmo« gdzie szedł atak. Potem wycofywałem się pod kulami, udzielając rannym posługi. Zaszokował mnie widok jednego z rannych. Patrzę, a on ma zupełnie rozbite ciemię i w ogóle nie widzę mózgu. A przecież ze mną gadał!”. O. kpt. Studziński nieustannie przemieszczał się pod kulami po polu bitwy. „Po udzieleniu absolucji i namaszczeniu rysowałem ołówkiem chemicznym krzyżyk na czole rannego, aby potem kapelani na tyłach wiedzieli o posłudze. (…) Kilka razy byłem o krok od śmierci. Jednego razu duży odłamek uderzył w mój hełm. Nie zdążyłem się nawet zorientować, co się dzieje, gdy uderzenie postawiło mnie na głowie. Hełm był zupełnie zgięty, ale mnie ochronił” – pisał w swych „Wspomnieniach kapelana Pułku 4 Pancernego »Skorpion« spod Monte Cassino”. Za odwagę w służbie na pierwszej linii pod Monte Cassino, udekorowano go krzyżem Virtuti Militari, który do końca życia nosił dumnie na habicie.

Melchior Wańkowicz opisał to tak: Ksiądz Studziński, kapelan czołgistów, idzie z krzyżem przed pierwszym czołgiem, usuwa z drogi rannych, by ich uchronić przed zmiażdżeniem, bierze leżących na drodze za ramiona, ciągnie na brzeg drogi pod skałę, jeśli w ogóle może być mowa o brzegu, gdy o kilka cali w lewo – przepaść kilkusetmetrowa.

O ojcu Studzińskim i jego odwadze pisała również żona generała Władysława Andersa – Irena, w liście, który wysłała mu z okazji jubileuszu 70-lecia święceń kapłańskich (10 marca 2017 r.:

Mój świętej pamięci Mąż, generał Władysław Anders cenił niezwykle odwagę Ojca Generała i Jego troskę o żołnierzy 2. Polskiego Korpusu we Włoszech, okazaną między innymi w bitwie o Monte Cassino.

Z kolei ostatni Prezydent II Rzeczpospolitej na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski, sam także niegdyś żołnierz Andersa, napisał:

Miałem szczęście spotykać się z Jubilatem i dziękuję mu za to, co swoją postawą przez całe życie reprezentował.

Dzień, w którym nastąpiło zdobycie klasztoru benedyktynów na Monte Cassino, o. Studziński wspominał:

Gdy więc, 18 maja rano, przyszła wiadomość, że mamy postąpić do przodu, przenieść się z punktem sanitarnym bliżej klasztoru, który jakoby miał być wzięty, zapanowała naprawdę wielka radość, bo 

 tym razem nie było wątpliwości, że jesteśmy bliżej końca. Radość ta doszła do szczytu, gdy wkrótce potem, gdy byliśmy już pod Gardzielą, przyszło potwierdzenie wiadomości o wzięciu klasztoru. Nie chciało się po prostu wierzyć, że już koniec tego wszystkiego, co było. Oblicza wszystkich tak często dotąd przygnębione, rozpogodziły się. We wszystkich wstąpiło nowe życie. Już napotkany żołnierz nie pytał mnie: «Kapelanie, kiedy to się skończy?». W Gardzieli, tylokrotnie wymienianej w dziennych bojowych rozkazach, w którą tyle krwi polskiej wsiąkło, zwłaszcza biednych saperów, którzy za wszelką cenę starali się ją rozminować, aby ułatwić przejście czołgom i która tak zajadle się broniła nie tylko minami ale i ogniem karabinów maszynowych z własnych stanowisk i z Mass Albanetty, stał spalony czołg śp. por. Ludomira Białeckiego. Jemu to, w losowaniu z ppor. Kochanowskim, przypadło to przejście przez Gardziel, o którym wiadomo było, że jest zaminowane i że ten, który pierwszy pokusi się je sforsować, będzie musiał prawie że na pewno wylecieć w powietrze. Przypuszczenie to spełniło się. Teraz stał jego spalony czołg, a obok niego leżała wieża, która choć waży 9 ton, została przez wewnętrzny wybuch amunicji zdmuchnięta z nasady czołgu. Spadając z niego wbiła się ona swą lufą głęboko w ziemię. Wybuch ten był następstwem zapalenia się amunicji czołgowej, jaki nastąpił wskutek wstrząsu po najechaniu przez czołg na miny, poukładane tutaj przez Niemców jedna na drugiej, dla zw

iększenia ich siły wybuchu. Załoga czołgu cała nie zginęła na miejscu, bo amunicja czołgu, składająca się głównie w takim wypadku z 150 pocisków artyleryjskich, nie wybuchła równocześnie z wybuchem min, lecz nieco później. Mogli więc jeszcze niektórzy, ale już paląc się, wyskoczyć z czołgu. Uczynili to, z pięcioosobowej załogi czołgu: ppor. Ludomir Białecki – dowódca czołgu i plut. Józef Nickowski – jego kierowca, którzy byli najbliżej włazów czołgu. Ale i oni pomarli. Pierwszy znalazł śmierć w zarośniętym tarniną rowie, odległym od czołgu jakieś 100–150 metrów, a drugi skończył życie po 8 dniach, w strasznych męczarniach, w szpitalu. Wyciągnięty los był więc prawdziwy, choć fatalny. Naokoło czołgu było aż czarno od spalenizny. Wszędzie walało się pełno odłamków z amunicji. […] Za Gardzielą teren się rozszerzał. Cały pokryty był czerwonymi makami, których wszędzie było pełno. Gęsto skupione leje po wybuchach pocisków armatnich i moździerzowych, i porzucone wraki czołgów amerykańskich, przy których jeszcze leżały czarne trupy ich spalonych załóg, świadczyły, że po tej pięknej łączce płonącej w tej chwili czerwienią maków, przechadzała się śmierć i po swojemu niszczyła życie. Czerwone maki w takiej sytuacji były jakimś anachronizmem – albo nieodpartym wołaniem życia, które wszystko przezwycięża, podobnie jak ten śpiew po krzakach na wzgórzach Monte Cassino rozlicznych słowików, który aż drażnił człowieka, gdyż był nie w porę, nieodpowiedni do ogólnego nastroju, jakby zgrzytem w melodii wojny, która od radości ucieka bo karmi się lękiem, rozdzierającym wołaniem rannego o pomoc i syci się śmiercią. I podobnie jak słowiki, które przerywały swoją pieśń życia tylko na chwilę, gdy w bezpośredniej bliskości od nich padł w krzaki pocisk, ale zaraz potem, zrazu nieśmiało, jakby na próbę pocmokując, znowu nuciły ją z tym większą siłą na nowo, tak i maki, gdzie tylko mogły tam rosły, walcząc o swoje prawo do życia na każdej piędzi ziemi, mimo że człowiek je deptał, nie zwracał na nie uwagi i wyrywał z korzeniami przez swoje pociski.

Lista jego zasług, pasji i prac jest jeszcze bardzo długa. Prawie do końca udzielał się duszpastersko wśród kombatantów, harcerzy i Kresowiaków. Organizował spotkania rocznicowe i pielgrzymki na Jasną Górę byłych legionistów, POW-iaków, żołnierzy Polskiego Państwa Podziemnego i II Korpusu. Był nieformalnym kapelanem krakowskiego oddziału Związku Legionistów Polskich. Od 1981 był honorowym kapelanem corocznego Marszu Szlakiem I Kompanii Kadrowej. Dnia 3 maja 2006 prezydent RP awansował go na stopień generała brygady WP (w stanie spoczynku).

W latach 80.-tych stał się jednym z pierwszych, którzy odrodzili duszpasterstwo harcerskie, to właśnie on nadał mu charakter. Wraz ze współpracownikami wyremontował kościół św. Idziego przy Wawelu.  Organizował w nim Msze św. i rekolekcje dla harcerek i harcerzy. Te pasje rozwijał do końca swojego życia. Będąc naczelnym kapelanem ZHR w Polsce brał udział w IV Międzynarodowym Zlocie Harcerzy Polskich w Stanach Zjednoczonych w Rising Sun w dniach 15-28 sierpnia 1988 roku. Na tym Zlocie otrzymał nominację na harcmistrza.

Ojciec Adam Studziński zmarł 2 kwietnia 2008 r. w klasztorze krakowskim. Został znaleziony martwy na łóżku w swojej celi wieczorem. Uroczystości pogrzebowe odbyły się pięć dni później w Krakowie i miały uroczysty charakter. Po mszy św. w kościele Dominikanów, której przewodniczył kardynał Franciszek Macharski a kazanie wygłosił ordynariusz polowy Wojska Polskiego, biskup Płoński, kondukt żałobny przeszedł na Cmentarz Rakowicki, gdzie o. Adam Studziński pochowany został z wojskowymi honorami w Alei Zasłużonych.

Rok przed śmiercią, w Święto Niepodległości, odebrał z rąk prezydenta RP Krzyż Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Wcześniej otrzymał Krzyż Waleczny, Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, Złoty Krzyż Zasługi z Mieczami, Krzyż Pamiątkowy Monte Cassino i Medal Wojska Polskiego oraz brytyjski Defence Medal, Star 1939-45, War Medal 1939-45 i Africa Star. Kilka miast i gmin dołączyła go do grona honorowego Obywatela.

Po śmierci plac przy kościółku św. Idziego w Krakowie, gdzie spotykał się z harcerzami został nazwany jego imieniem. A w Łodzi został o nim nakręcony dokumentalny film biograficzny.

Tekst został opracowany na podstawie artykuły “Kapelan spod Monte Cassino. Historia ojca Adama Studzińskiego OP” autor Marek  MIŁAWICKI OP

Zdjęcia Jan Zadworny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *